prof. Ryszard Różanowski [ Galeria EL 2014 ]
Abstrakcja – pierwotne odczucie i pierwotna metafora rzeczywistości
Twórczość Urszuli Śliz sytuuje się w nurcie abstrakcji, jedynym, który nie został, jak inne strategie dwudziestowiecznej awangardy, ostatecznie zamknięty. Pomimo
diagnozowanych przez krytyków kryzysów, będących udziałem kolejnych generacji wzlotów i upadków, rozwijał się – od pierwszych akwarel Kandinskiego, przez abstrakcję geometryczną, ekspresyjną, liryczną, aluzyjną i metaforyczną, ekscentryczną, analityczną, po abstrakcję po malarską – wnikając nierzadko, choćby jako cytat, także do malarstwa figuratywnego. Pojęcie „abstrakcji” ma długą historię, ale dopiero dyskursy nowoczesności uczyniły z niej kategorię estetyczną. Kierunki twórczych poszukiwań wyznaczało dążenie do autonomizacji świata form. Wizjonersko patronował im Maurice Denis nakazujący pamiętać, iż obraz „zanim stanie się koniem bitewnym, nagą kobietą lub jakąkolwiek inną anegdotą, jest przede wszystkim powierzchnią płaską pokrytą farbami w określonym porządku”. Pod postacią szkół, programów, tendencji, indywidualnych wystąpień abstrakcja ma swą dalszą przyszłość, ćwiczy się na tym, co zostało już namalowane i przyjęte, rozważa to i nieustannie przekracza. Clement Greenberg nazwał „niezwykłym doświadczeniem” odrzucenie dobrze zakorzenionego wyobrażenia sztuki abstrakcyjnej jako czegoś precyzyjnie wyrysowanego i gładko malowanego, czegoś o wyraźnych zarysach i płasko położonych kolorach, jakie dokonało się za sprawą abstrakcyjnego ekspresjonizmu: „Wyglądało to na odrzucenie wszelkiej formy, wszelkiego porządku i wszelkiej dyscypliny malarstwa”. Sam bronił malarskiej tradycji sięgającej Wenecjan i kwalifikował malarską abstrakcję jako wyraźnie określony styl w sztuce, który w pewny mmomencie, dopóki nie zastąpił go pop-art, stał się manierą, a nawet modą. W ten zróżnicowany wewnętrznie świat abstrakcji, wyznaczający możliwości, ale i konieczności, określający to, co dozwolone, ale i to, co zabronione, Urszula
Śliz wkracza odważnie i zdecydowanie konsekwentnie poddając próbie asortyment gotowych, powtarzalnych i w niemałej części spospolitowanych abstrakcyjnych
efektów.
Artystka, nie skrywając inspiracji suprematyzmem Kazimierza Malewicza, jego dążeniem do „wyzwolenia bezprzedmiotowości”, podobnie jak on jest w kształtowaniu form przede wszystkim konstruktorem. Podobnie jak on poddaje się też doznaniu tego, co widzialne. Podąża tropem wybranych fragmentów, powtarzalnych kształtów utrwalanych w niepowtarzalnej formie artystycznej. Krzywa to kształt, który się narzuca, ale nie poddaje się jednoznacznemu zdefiniowaniu. Pobudza wyobraźnię, otwiera różnorodne możliwości kompozycyjne, w których jest miejsce także na przypadek. Regularność form niewiele ma tu wspólnego z doktryną geometryczną. Eksploracja krzywych pozwala wszakże na eksperyment z barwą i kontrastami, zapewnia otwartość rysunku i jednoczesną jego linearną wyrazistość, daleką od „kaligrafii” malarskiej abstrakcji. Jest metaforą, bo i człowiek wpisuje swą egzystencję w rozgałęziające się tory krzywych. Można mówić zatem o harmonii wchodzących tu w grę relacji, swoistej syntezie konkretu i abstrakcji, ich współbrzmieniu, które ujawnia wielowarstwowość malarskiego przekazu. Każda warstwa jest ingerencją w inne – ich transformacje, wyrwanie z rzeczywistych kontekstów sytuacyjnych, rodzą nowe, niekiedy zaskakujące znaczenia. Z koniecznością prowadzi to do estetycznego doświadczenia i rozważenia relacji między formą a tłem. Śliz podejmuje to wyzwanie, o czym świadczą utrzymane w czarno-białej tonacji obrazy korespondujące z serią kompozycji architektonicznych Władysława Strzemińskiego (nade wszystko zaś z Kompozycją przestrzeni z 1929 roku), podobnie jak one anulujące dualizm tych elementów i utrzymujące je w jedno-zgodnej funkcji. Strzemiński poddał też próbie widzenia geometrię pytając, w jaki sposób mogłaby „iść w parze z intuicją”. Artystka, wbrew tym, którzy – broniąc autonomii i integralności obrazów usuwali z malarstwa wszystko, co było niezgodne z ich płaską powierzchnią, przede wszystkim iluzję trójwymiarowości – w zgodzie natomiast z tymi, którzy – głosząc pod koniec minionego wieku nadejście „czasu przestrzeni” – zamierzyli uchwycić współczesną rzeczywistość za pomocą nowych metafor, takich jak przestrzeń nomadyczna i przestrzeń rizomatyczna, dokonuje transpozycji rzeczywistości wypełnionej punktami, łukami i zakrętami, prostymi i krzywymi, płaszczyznami i bryłami na przekształcane wielorako i wielokrotnie kształty i formy. Przyjmując postawę uczestnika, preferując przy tym raczej anonimowe sposoby wykonania, buduje na nowo relację między rzeczywistością a obrazem, a tym samym – na przekór owej anonimowości wykonania – w subiektywności wypowiedzi określa siebie, swój język, swoją tożsamość. Gottfried Boehm definiował w 1990 roku abstrakcję jako „pierwotną wykładnię rzeczywistości”, odrębną formę poznania niewiele mającą
wspólnego z normatywną zasadą mimesis, odsłaniającą natomiast głęboko sięgającą zmianę stosunku człowieka do rzeczywistości. „Potęga obrazu – pisał – oznacza: il fait voir, on otwiera oczy, on ukazuje”. Moc, jaka tkwi w obrazach, polega na ich zdolności otwierania nowych dróg. Można tę moc dostrzec w obrazach Urszuli Śliz. Codzienne, zwyczajne i naturalne, nierefleksyjne doświadczenie przestrzeni, także geometrię, za pomocą której, w idealizacji i abstrahowaniu, to doświadczenie jest opisywane, obiektywizowane i wyrażane, musi poprzedzać jakaś ich „pierwotna wykładnia”, niejawny obszar, w którym oba te porządki są nierozdzielne. Gdy znikają przedmioty, pozostają miejsca – bezprzedmiotowe kształty i formy. I to one wydają się interesować artystkę najbardziej. Są tylko pozornie znane, pozornie uznawane. Urszula Śliz poddaje je daleko idącej dekonstrukcji zmuszającej do ponownego ich rozpoznawania, umieszczania w nowych, nietradycyjnych, często odkrywczych kontekstach. Podobnie jak niegdyś Eschera bardziej niż studia renesansowej perspektywy interesuje ją sposób, w jaki kształty i formy wchodzą we wzajemne interakcje.
Przed przygniatającymi, metafizycznymi skojarzeniami chroni jej obrazy nieco zaskakująca w obliczu mnożących się transformacji prostota i klarowność. Maurice Merleau-Ponty pojmował przestrzeń jako odkrywaną przez człowieka „uniwersalną możność wiązania się rzeczy ze sobą”: „albo nie uprawiam refleksji, żyję pośród rzeczy i uznaję niejasno przestrzeń bądź za środowisko rzeczy, bądź za ich wspólny atrybut – albo też podejmuję refleksję, ujmuję przestrzeń u jej źródeł, poddaję aktualnemu namysłowi relacje kryjące się pod tym słowem i wówczas orientuję się, że żyją one tylko dzięki temu podmiotowi, który je opisuje i podtrzymuje”. Taka postawa wymaga porzucenia przesądów dotyczących świata i odnalezienia pierwotnego doświadczenia, z którego świat się wyłania i w którym nabiera znaczenia. Artystka z pewnością ma to doświadczenie na uwadze. Wprzęga w nie również fotografię (w formie asamblażów umieszczonych w obrazach), której abstrakcyjny potencjał jako jeden z pierwszych dostrzegł Walter Benjamin. Odrzucając „wszelkie dyktando przedmiotowego wzorca” fotografia sprawia, że na miejscu przestrzeni przenikniętej świadomością człowieka pojawia się przestrzeń zawładnięta podświadomie – to kolejny, nie do końca jeszcze odsłonięty wymiar twórczości Urszuli Śliz. I kolejne wyzwanie.